sobota, 24 marca 2012

I need more time!


Po spektakularnym sukcesie dnia pierwszego nie pozostało mi nic innego, jak tylko zwiększyć swoje oczekiwania co do Pyrkonu. Nie może być przecież tak dobrze, żeby nie mogło być lepiej. Tak przynajmniej mi się wydawało. Na miejscu po raz kolejny zostałem zniszczony kolorami, barwami i zapachami (na całe szczęście całkiem znośnymi) prosto ze świata fantasy. Jaki był więc drugi dzień Pyrkonu? Bardzo udany.

Więcej fotek na KULTURA.WM !!!

Ale nie uprzedzajmy faktów. Na wiadome miejsce udałem się tym razem dosyć wcześnie, ponieważ chciałem porobić kilka fotek z ciekawych stoisk. Łatwo powiedzieć trudniej zrobić, bo wydaje się niemożliwe,  żeby spośród takiego morza ciekawostek wybrać coś, co zasługiwałoby na miano wyjątkowego. Co na to poradzić? Rozwiązanie okazało się bardzo proste – pstrykaj wszystko. Tak też zrobiłem, a efekty, nie zawsze wspaniałe, możecie podziwiać poniżej.





Pierwszym kąskiem dnia dzisiejszego miał być wykład o intrygującym tytule „Vlad Dracula – mit i rzeczywistość”. Miałem nadzieję, że dowiem się wszystkiego o najbardziej znanym krwiopijcy w dziejach ludzkości, ale okazało się, że proza życia ma inne plany wobec mnie. Na miejsce prelekcji przybyłem dziesięć minut przed jej rozpoczęciem i okazało się, że znajduję się w drugiej dziesiątce chętnych, dla których nie znalazło się miejsce w sali wykładowej. Bycie przedstawicielem prasy ma swoje plusy (nie trzeba czekać w kolejkach po bilety), ale nie można nadużywać pozornej władzy i pozbawiać ludzi prawa do rozwoju zainteresowań. Okolice Draculi opuściłem więc z opuszczoną głową i w ramach poprawy humoru postanowiłem odwiedzić Mistrza Adama (patrz wpis o dniu wczorajszym). Jakże wielkie okazało się moje zdziwienie, gdy zobaczyłem, że stanowisko z jego modelami zostało przeniesione! Nie wiem, czy to wynik mojego wczorajszego narzekania, ale mój wewnętrzny egoista był z siebie dumny. Adam w końcu dostał miejsce, gdzie można go było bez problemu dostrzec, a cała wystawa zyskała sporo przestrzeni. Brawo dla organizatorów.

No i zaczynamy właściwą część dnia, czyli maraton z ekipą Polish Garrison. Dla tych, którzy nie wiedzą o co chodzi, kilka słów wyjaśnienia. „A long time ago in a galaxy far, far away…”, chociaż w zasadzie nie aż tak odległej, bo znajdującej się na naszej planecie, powstała międzynarodowa organizacja zrzeszająca fanów Star Wars, nazywająca się LEGION 501st. Głównym celem tej organizacji jest promowanie sagi wymyślonej przez Lucasa, ale także pojawianie się wszędzie tam, gdzie swoją obecnością można komuś pomóc (akcje charytatywne, wspomaganie fundacji). Przedstawiciele LEGIONU 501 w Polsce to właśnie Polish Garrison, oddział, który rozpoczął swoją działalność w 2003 roku. – Nasza organizacja zrzesza fanów Gwiezdnych Wojen z kostiumami pro imperialnymi, czyli tymi z Ciemnej Strony Mocy – mówi Maks Kielar, jeden ze szturmowców polskiego garnizonu. – Polska grupa liczy obecnie około pięćdziesięciu członków. Nie zawsze udaje się nam zebrać kompletną ekipę, ale na Pyrkonie jesteśmy po raz kolejny i tym razem jest zdecydowanie więcej atrakcji i całe rzesze fanów fantasy i science-fiction, w tym także Gwiezdnych Wojen – kończy Maks, który najpewniej został wezwany przez Dartha Vadera (moje domysły) w celu wykonania kolejnej niecnej misji.




Punktualnie o godzinie czternastej (tym razem byłem na miejscu pół godziny przed czasem) wszyscy fani Gwiezdnych Wojen zebrali się w Sali multimedialnej, gdzie miała nastąpić prezentacja działalności Polish Garrison oraz opis poszczególnych strojów. Muszę przyznać, że nie spodziewałem się, że ta organizacja ma tylu członków na całym świecie. Pozwolę sobie przytoczyć kilka liczb – (LEGION 501) jest obecny w 47 krajach, obejmuje 86 jednostek, 60 garnizonów, 26 outpostów i 5580 aktywnych członków, którzy posiadają łącznie 9067 strojów. Wow! Muszę przyznać, że inicjatywa jest naprawdę fajna i chyba oferta Ciemnej Strony Mocy zaczyna na mnie oddziaływać…




Po wspaniałych dwóch godzinach spędzonych wśród szturmowców, imperialnych oficerów i innych sługusów Imperium, przyszedł czas na ponowne spotkanie z Ianem McDonaldem. W oczekiwaniu na nadejście pisarza udało mi się wysłuchać przepięknego koncertu zatytułowanego „Byle do świtu – historie harfą malowane”. Nigdy bym nie pomyślał, że harfa jest tak wdzięcznym instrumentem, tym bardziej, że artystka wykonywała nie tylko muzykę rodem z fantasy. Udało mi się usłyszeć między innymi „Just Breathe” grupy Pearl Jam czy kawałki współczesnej muzyki irlandzkiej (Star of the County Dawn).



Wczoraj Ian opowiadał o stanie science-fiction we współczesnym świecie, dzisiaj natomiast organizatorzy zasypywali go pytaniami o jego twórczość. Żeby w pełni docenić geniusz tego pisarza trzeba by porozmawiać z nim kilka godzin, ale postaram się nakreślić Wam chociaż małą cząstkę. – Wszyscy pływamy w tym samym morzu pomysłów, ale tylko od nas zależy, który z dziesiątek czy nawet setek tych pomysłów wybierzemy, aby poprowadzić naszą historię – mówił na dzisiejszym spotkaniu McDonald. – Najważniejsza zasada dla wszystkich twórców brzmi: nigdy, przenigdy nie bójcie się pomyłek i tego, co powiedzą ludzie (never, ever be afraid of mistakes and what people will say – poezja) – dodaje. Najbardziej jednak utkwił mi pamięci fragment, w którym Ian opowiada o tym, jak przygotowuje się do napisania książki. – Po tym, jak zebrałeś już cały materiał i tak wyrzucasz jakieś 80%. Ale musisz wykonać całą ciężką pracę i zbadać wszystko właśnie po to, żeby wiedzieć, które 80% wyrzucić – kończy i daje temat do przemyśleń na kolejne popołudnie. Po tym wystąpieniu nie mogłem zrobić nic innego jak tylko udać się do stanowiska, kupić książkę i poprosić o dedykację człowieka, który zmienił mój sposób myślenia o gatunku science-fiction. Książka „Rzeka Bogów” z oryginalnym „To Gacek @ Pyrkon 2012 Ian McDonald” będzie ozdobą mojej domowej biblioteczki przez kilka najbliższych lat.




Następnym punktem w moim planie był wykład dotyczący Śródziemia, ale realia ponownie pokazały, że sale są małe a ludzi jest dużo. W związku z powyższym postanowiłem zapolować na najciekawsze stroje i muszę przyznać, że wyobraźnia ludzka nie zna granic. Oglądając niektóre z kreacji przystawałem i zaczynałem bić brawo, bo nie wiem jak inaczej mógłbym docenić ogrom pracy, jaką ludzie włożyli w przygotowanie się na konwent. Zresztą, mogę tak pisać i pisać, ale zobaczcie sami…





Po dawce wrażeń estetycznych przeznaczonych dla oka (panowie, polecam!!!) przyszła kolej na element konwentu, na który wcześniej nie zwracałem większej uwagi – gry RPG. Fani karcianek, planszówek, kostek, figurek i czego tam jeszcze używa się do RPG dostali do dyspozycji ogromną ilość miejsca i trzeba im oddać, że potrafili doskonale to wykorzystać. Przy kilkudziesięciu stołach zasiadało kilkaset osób, które na bieżąco wymyślały nowe przygody, pojedynkowały się na karty i rozstawiały swoje wojska na jak najdogodniejszych pozycjach do ataku. Jeśli to nie robi na Was wrażenia to uwierzcie, że staranność, z jaką zostały wykonane plansze i figurki jest równie niesamowita, jak perfekcja przy strojach. RPG w Polsce jest wciąż żywe!





No i w tym wszystkim zgubiłem gdzieś jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci polskiego fantasy i science-fiction – Grzegorza Rosińskiego. Już wczoraj wspominałem, że jego prace stanowią ozdobę konwentu, ale dzisiaj miałem okazję posłuchać, jak Rosiński komentuje polską scenę komiksową. Gdybym był fanem gatunku pewnie wyniósłbym z tego spotkania więcej, ale muszę przyznać, że jego prace nawet na totalnym laiku robią wrażenie. Po spotkaniu rysownik udał się na swój dyżur autografowy i okazało się, że był najbardziej obleganą postacią na konwencie. Kolejki były długie, a czasu ponownie nie było zbyt wiele. Ehhh, życie…




„I Pyrkon widział, że to, co stworzył, jest dobre. I tak upłynął wieczór i poranek – dzień drugi.” Dzisiaj padam już z nóg, ale jutro na pewno wstanę o świcie (przeklęta zmiana czasu) i po raz trzeci i ostatni udam się na Pyrkon 2012, no bo jak coś robić, to od początku do końca. A jeśli macie czas i ochotę to zapraszam, zawsze z chęcią zaczepię i zrobię mały wywiadzik…

Swords, axes and a couple of elvish arrows!


Jak przystało na prawdziwego fana fantastyki, średnio raz dziennie zastanawiam się, jak by to było stanąć w pierwszym szeregu  armii wraz z krasnoludem i elfem u boku. Po przeciwnej stronie doliny stałyby hordy orków i goblinów, a przepiękne nimfy śpiewałyby pieśni mające przyciągnąć zbłąkanych wojowników w ramiona śmierci… Ale, ale, nie o tym miało być. Pyrkon, największe w Polsce święto miłośników fantastyki, wystartował!


A gdyby w poniższym tekście było za mało zdjęć, to po większą dawkę zapraszam na KULTURA.WM !!!



Wyjątkowy nastrój udzielił mi się od samego rana – coś po prostu unosiło się w powietrzu. Kiedy dotarłem w okolice Międzynarodowych Targów Poznańskich, gdzie odbywa się konwent, wiedziałem już, że jestem w domu. Poznań zmienił się nagle w jedną z krain tolkienowskiego Śródziemia – maszerowałem ulicami pełnymi elfów, krasnoludów (i krasnoludek!!!), łuczników, łowców, demonów, wampirów i kogo tam jeszcze wymyślicie. Już na początku zadałem sobie pytanie: jak to możliwe, że coś, co z pozoru nie istnieje, jest w stanie zjednoczyć i zebrać w jednym miejscu takie zastępy ludzi? Wolność i możliwość odnalezienia samego siebie w istocie, której nie mogę spotkać w codziennym życiu – mówi Marcin, uczeń jednego z poznańskich liceów. Przyszedłem tutaj ze względu na uwielbienie do fantastyki i science-fiction – mówi z kolei Sławek, student Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu – Największe wrażenie wywarły na mnie rzeźby przedstawiające postacie i jednostki z Gwiezdnych Wojen, dodaje. Jak widać, różni ludzie przybyli na konwent w różnych celach, co nie zmienia faktu, że łączy ich podobna pasja.





Po małym rekonesansie i kilku krótkich pogawędkach z fanami fantastyki w różnej postaci, przyszedł czas na pierwszy z zaplanowanych przeze mnie elementów programu, a więc otwarcie całej imprezy. Co ciekawe wstęp dla wszystkich zwiedzających był możliwy na długo przed rozpoczęciem i już wtedy można było podziwiać ilustracje Grzegorza Rosińskiego czy kupić kilka tomów ulubionej mangi. Samo otwarcie nie zaskoczyło niczym specjalnym. Po odczytaniu długaśnej listy sponsorów i organizatorów zaprezentowany został oficjalny trailer konwentu, który jednak wypadł raczej kiepsko. Na szczęście otwarcie zakończył występ grupy tancerek, co uratowało ten fragment konwentu, przynajmniej w oczach męskiej części audytorium.






Następnym punktem w moim osobistym planie była prelekcja zatytułowana „Diuna vs. Nekroskop”. Dawid Schoenwald, prowadzący spotkanie, opowiadał o dwóch najdłuższych sagach w historii science-fiction i horroru. O ile znaczna część widowni doskonale znała „Diunę” Franka Herberta, opowiadającą o piaskowej planecie Arrakis, jedynym miejscu, w którym występuje niezbędna do podróży po wszechświecie substancja nazywana melanżem, o tyle o „Nekroskopie” słyszał już mało kto. Nekroskop to zupełnie inny świat wampirów – mówił Dawid – to nie jest świat „Zmierzchu”, to świat, który nie zna litości. Książka opowiada historię młodego chłopaka, który rozwija się w miar czytania książki, a czytelnik rozwija się razem z nim. Jeśli chodzi o cykl Diuny to trzeba zdać sobie sprawę, że nie wszystkie jej części dorównują tym, napisanym przez Franka Herberta. Moim osobistym faworytem od zawsze jest jednak część pierwsza – kończy swoją opowieść Dawid.



Po wyprawie w świat wampirów i olbrzymich czerwi planowałem udać się na wykład dotyczący coraz bardziej popularnej religii, jaką staje się jedizm. Miałem nadzieję, że poznam założenia takiej religii, jej krótką, choć już burzliwą historię, a może nawet dowiem się, jak dołączyć w szeregi wyznawców Mocy. Moje oczekiwania przerosły jednak rzeczywistość. Wykład był prowadzony w stricte antropologicznym tonie i po tym jak usłyszałem, że jedizm to tylko kolejny religijny biznesie nie wytrzymałem i musiałem opuścić salę. Aby poprawić sobie humor postanowiłem cofnąć się do lat dzieciństwa – wybrałem się na wystawę klocków LEGO organizowaną przez grupę hobbystów LUGPol, którzy przy pomocy klocków budują dosłownie wszystko.





Ze znacznie lepszym humorem udałem się na występ gwiazdy piątkowego wieczoru – Iana McDonalda, który wraz z widownią zastanawiał się jak przywrócić science-fiction popularność. McDonald jest autorem, który zaczął wyrabiać sobie markę w Polsce całkiem niedawno, głównie za sprawą książki „Rzeka Bogów”, ale za granicą jest już dobrze znany od połowy lat 90. ubiegłego stulecia. Ian przedstawił słuchaczom drogę jaką przebył gatunek science-fiction od początku jego istnienia do dnia dzisiejszego i wskazał na pewne elementy, które należałoby zmienić, aby dostosować ten gatunek do współczesnego czytelnika. Ludzie kojarzą science-fiction z tym, co widzą na ekranie – mówił McDonald - ale prawdziwe science-fiction to coś ponad to. Duch sf to pytanie o prawa rządzące wszechświatem i nasze miejsce na świecie. Filmy pokazują nam fantastyczne rzeczy, ale nie potrafią przekazać prawdziwego rdzenia tego gatunku, który powinien wrócić do podstaw, jakie stanowi nauka – kończy Irlandczyk. Wszyscy uczestnicy spotkania opuszczali salę wykładową z głowami pełnymi pytań o nieskończoność kosmosu i piękno otaczającego wszechświata, a Ian McDonald zgodził się porozmawiać ze mną o stanie science-fiction w Polsce i razem doszliśmy do wniosku, że musimy zacząć tłumaczyć więcej książek na angielski, bo on sam słyszał tylko o Lemie i Sapkowskim. Może to nisza, którą trzeba by się zająć?






Kiedy już myślałem, że lepiej być nie może, okazało się, że jestem w błędzie. W jednym z najdalszych kątów sali wystawowej odnalazłem człowieka, który zmienił mój sposób patrzenia na serię Gwiezdnych Wojen. Adam Kulesza, autor modeli i postaci pochodzących z Gwiezdnych Wojen, to prawdziwy artysta w swoim fachu. Człowiek, który został ustawiony w najgorszym z możliwych miejsc, w moim osobistym odczuciu, mógłby stanowić główną personę całego konwentu. Podziwiając jego modele i słuchając historii z nimi związanych, dowiedziałem się o całej sadze Lucasa więcej, niż z dowolnego opracowania na ten temat. Adam rozpoczął tworzenie modeli w latach 90. i od tamtej pory stworzył ich kilkanaście. Nie są to jednak zwykłe modele! Każdy z nich ma swoją historię, każdy ma kilka smaczków, które przesądzają o jego wyjątkowości, każdy jest tak doskonały, że mógłby śmiało wystąpić w kolejnym filmie o Jedi. To stanowisko to jednak nie tylko modele, ale przede wszystkim osoba Adama, który swoimi opowieściami zawstydziłby połowę „znawców” Gwiezdnych Wojen. W trakcie półgodzinnej rozmowy, zwrócił moją uwagę na rzeczy, których nigdy dotąd nie zauważyłem w filmowej sadze. Podsumowując – mój nowy osobisty bohater.







Na zakończenie postanowiłem trochę powspominać czasy minione i udałem się do Retrogralni. Retrogaming to hobby polegające na graniu w stare gry (lata 80.) na oryginalnym sprzęcie z epoki. Wyobraźcie sobie więc moje zdziwienie, gdy ujrzałem ludzi grających na popularnych Pegasusach i wymieniających się legendarnymi żółtymi dyskietkami. Raj! Dla wielu ludzi jest to przypomnienie o ich młodości – mówi Jakub Rzepecki, jeden z organizatorów stanowiska - młodsi mają okazję do zapoznania się z grami z epoki, w której rządziły Nintendo, Amiga czy Commodore i, o dziwo, to właśnie oni stanowią większość wśród odwiedzających nasze stanowisko.






Patrząc na uśmiechy panów grubo-po-pięćdziesiątce nie mogłem się powstrzymać i sam zasiadłem do pojedynku w Pac-Mana, Tank i Mortal Kombat. Pewnie siedziałbym tam do tej pory, ale motywowała mnie myśl, że muszę wrócić, żeby napisać kilka słów dla tych, którym nie udało się dostać do Poznania. Wiem jednak, że jutro znów czeka na mnie porcja fantastyki, science-fiction i RPG, którą postaram się Wam przybliżyć jak najlepiej. Do usłyszenia!

czwartek, 22 marca 2012

Biali nie potrafią skakać?


W 1992 roku Ron Shelton stworzył film, który do dnia dzisiejszego ma jeden z najbardziej rozpoznawalnych tytułów w historii. „Biali nie potrafią skakać” stał się przebojem, który cały czas pojawia się w telewizji i jest serwowany coraz to nowym grupom maniaków kina. Shelton nie przewidział jednak faktu, że dwadzieścia lat później pojawi się inny film, który pokaże, jak bardzo się mylił.



Za obalenie tezy, której próbował bronić Wesley Snipes, zabrał się Andrew Stanton – reżyser znany do tej pory głównie z tworzenia animacji („WALL-E”, „Gdzie jest Nemo?”, seria „Toy Story”). Muszę przyznać - obawiałem się, że również z tego filmu nie powstanie nic ponad bajkę dla dzieci, tym bardziej, że za produkcję filmu wzięło się studio Walt Disney, ale po raz pierwszy od bardzo dawna jestem szczęśliwy, że pomyliłem się tak bardzo.

„John Carter” to film napisany na podstawie książki „Księżniczka z Marsa” autorstwa Edgara Rice’a Burroughsa. Zawsze myślałem, że ojcami fantastyki i science-fiction są Tolkien czy Lucas, a tu nagle dowiaduję się, że wszystko co kocham, wielbię i szanuję, wywodzi się od pisarza, który tworzył na samym początku XX. wieku i znany jest głównie z książek o Tarzanie. Oczywiście nie umniejszam wcześniej wymienionym panom. Po prostu dowiedziałem się jakim ignorantem byłem do tej pory. Dość powiedzieć, że jak tylko wyszedłem z seansu od razu włączyłem wszystkie serwisy aukcyjne i przyznaję, że książki wspomnianego pisarza są już w drodze.

Sposób w jaki prowadzona jest historia, nie wyróżnia się niczym oryginalnym. Mamy młodego chłopaka, który otrzymuje spadek od bogatego i dawno niewidzianego stryja. Poza ogromną ilością pieniędzy i staroci młodzieniaszek dostaje także pamiętnik, w którym przedstawiona jest historia stryja – wojennego bohatera. John Carter był weteranem, który doszedł do wniosku, że ma już dosyć walk i cierpienia i postanowił rozpocząć poszukiwania złota. Podczas wyprawy do swojej „złotej jaskini” zostaje odnaleziony przez wojsko, które ponownie chce go widzieć w swoich szeregach. Jak nie trudno się domyślić Carter ucieka i zupełnie przypadkiem odnajduje swoją jaskinię. Poza złotem znajduje tam tajemniczy medalion, który przenosi go na nieznaną planetę. Carter musi nauczyć się poruszać (dosłownie) w nowym środowisku, musi poznać obyczaje mieszkańców Barsoom, ale przede wszystkim, jak to już bywa w filmach o superbohaterach, musi utrzymać się przy życiu, ratując przy okazji planetę i odnajdując miłość.  

Trzeba powiedzieć, że ludzie odpowiedzialni za casting odwalili kawał dobrej roboty. Taylor Kitsch w roli tytułowego bohatera sprawdza się bardzo dobrze, a swobodny styl i łotrzykowski uśmieszek doskonale pasują do roli dowcipnego, momentami, zbawcy świata. Pochwalić wypada też odtwórczynię głównej roli żeńskiej Lynn Collins. Piękna, zabawna i do tego waleczna księżniczka Barsoom, stworzyła wspaniały duet z Kitschem i momentami przypominali parę głównych bohaterów z „Księcia Persji”. Nie można też zapomnieć o innych. Nadspodziewanie dobrze wypadł Willem Dafoe, któremu pomogła chyba dodatkowa para rąk i zielony kolor skóry, a także Mark Strong, który jako czarny charakter zawsze sprawdza się dobrze.

Na plus filmu (chyba oszalałem) należy zaliczyć fakt, że nie widać tutaj tych 300 milionów dolarów budżetu. Efekty specjalne są, owszem, ale wszystko zostało odpowiednio wyważone i nawet nienaturalnie długie skoki Cartera nie sprawiają wrażenia śmiesznych. Latające maszyny są dokładnie zaprojektowane a wszyscy przedstawiciele fauny Barsoom są bardzo realistycznie przygotowani do pojawienia się na ekranie. Z bohaterów mniej ważnych należy wyróżnić „pieska”, który towarzyszył Carterowi na nowej planecie. Nie znam nikogo, kto widząc to prześmieszne stworzenie, biegające na swoich krótkich nóżkach, nie pękałby ze śmiechu.

Podsumowując – warto. Po wielu obawach okazało się, że wszystkie były bezpodstawne, a film broni się doskonale. Łatka „Disneya” nie sprawiła, że mamy do czynienia z bajką, dosyć starą historię udało się fantastycznie dostosować do oczekiwań współczesnych odbiorców, film napakowano efektami, humorem, miłością i zakończeniem, którego nie powstydziłby się nawet Stephen King. Dlatego, jeśli jeszcze kiedyś usłyszę, że biali nie potrafią skakać, natychmiast przeniosę się na Barsoom i przeskoczę sobie nad jakimś pałacem. A co!

wtorek, 20 marca 2012

Still looking


Nudziło  mi się. A co tam. :P


Szukam

Kiedy tylko zawieje wiatr,
Nieważne czy dokoła słońce czy deszcz.
Kiedy tylko zawieje wiatr,
Wolność sama odnajduje mnie w bieli żagli.
Za każdym razem, gdy przewraca się strona,
Uciekam dalej.
Za każdym razem, gdy przewraca się strona,
Czuję się, jakbym odnalazł swoje miejsce.
Zawsze, gdy znajdę chwilę wolnego czasu,
Chcę się z nim zaprzyjaźnić.
Zawsze, gdy znajdę chwilę wolnego czasu,
On dochodzi do wniosku, że powinien mnie zgubić.


niedziela, 18 marca 2012

Welcome to the world of Fantasy!


Fani samochodów mają targi samochodowe, fani gier komputerowych mają targi gier. Fani fantastyki mają natomiast Poznań, gdzie w dniach 23-25 marca odbędzie się 12. już edycja Pyrkonu – Ogólnopolskiego Festiwalu Miłośników Fantastyki.


Głównym celem konwentu jest propagowanie fantastyki wśród kolejnych pokoleń ludzi obdarzonych bogatą wyobraźnią i błądzących myślami po odległych światach.  Organizatorzy nie ograniczają się jednak do jednego działu fantastyki i poza tą zawartą w literaturze, będziemy też mieli do czynienia z jej odmianami komiksowymi, filmowymi, komputerowymi czy planszowymi. Konwent nie ogranicza się jednak do przedstawienia fantastyki w poszczególnych formach, ale umożliwia również spotkania z pisarzami fantasy, wzięcie udziału w panelach dyskusyjnych, spotkania z wydawcami czy twórcami gier, a nawet turnieje gier planszowych, karcianych i bitewnych.

Tak bogata oferta ma sprawić, że fantastyka dotrze do jak najszerszego grona odbiorców i przyciągnie nowych fanów na długie lata. Zachęcać będą do tego także autorzy fantastyki. Swoją obecność na Pyrkonie zapowiedzieli min. Andrzej Pilipiuk, Grzegorz Rosiński, Ewa Białołęcka, Jacek Komuda czy Michał Cetnarowski. Gratką dla fanów poszczególnych autorów mogą być też panele dyskusyjne z tymi twórcami, po których autorzy mają obowiązkowe „dyżury autografowe”.

Obok wielu wystaw, spotkań, prelekcji i wystąpień będzie też możliwość zobaczenia wielu wydarzeń towarzyszących konwentowi. Do moich faworytów należą niewątpliwie wystawa klocków LEGO organizowana przez Klub Dorosłych Fanów LEGO – LUGPol oraz występ grupy Polish Garrison – polską grupę kostiumową zrzeszającą miłośników Gwiezdnych Wojen. Kto z Was nie chciałby zrobić sobie zdjęcia z Darthem Vaderem czy jednym ze szturmowców?

Jeśli więc jesteś fanem fantastyki w dowolnej formie, a do tego nie masz żadnych planów na najbliższy weekend, nie wyobrażam sobie, że może zabraknąć Cię w Poznaniu!

Więcej informacji na: http://www.pyrkon.pl


środa, 22 lutego 2012

Pragmatycznie nie praktycznie

Jestem po pierwszych 'merytorycznych' zajęciach z pragmatyki języka polskiego i naprawdę nie mam pojęcia po co komu taki przedmiot. Na pewno nie prowadzącej bo bidula pod koniec wyglądała jakby miała zaraz zejść z tego świata. I nam raczej też nie, bo mamy już takie maniery, że raczej nie da się ich zmienić. Ale może chociaż z pisania tych 'pracek' wyjdzie coś ciekawego...




boży [Ś]wiadek [P]rawa

P: Wzywam na świadka pana G. Panie G, proszę powtarzać za mną: Przysięgam mówić prawdę, całą prawdę i tylko prawdę. Tak mi dopomóż Bóg.
Ś: Przysięgam mówić prawdę, całą prawdę i tylko prawdę. Tak mi dopomóż ~bóg~.
P:Proszę świadka o przedstawienie swojej osoby.
Ś: Nazywam się pan G.
(sprzeciw Wysoki Sądzie!)
Ś: Po prawdzie nie wiem co tutaj robię, ale coś widziałem to mogę opowiedzieć.
(sprzeciw Wysoki Sądzie!)
Ś: Zawsze marzyłem o tym, żeby przyjechać do takiego większego miasta i spróbować się  tutaj odnaleźć.
(sprzeciw Wysoki Sądzie!)
Ś: Myślałem, że się pobawię, to tak zrobiłem no i było fajnie.
(sprzeciw Wysoki Sądzie!)
Ś: Znalazłem przyjaciół (sprzeciw Wysoki Sądzie!), miłość (sprzeciw Wysoki Sądzie!), pracę (sprzeciw Wysoki Sądzie!)
Ś: Ale przede wszystkim znalazłem miejsce, w którym czuję się lepiej niż w domu.
P: … (…).
P: Panie G, czy ma pan coś do dodania?
Ś: Dziękuję, Wysoki Sądzie. To wszystko. Na Boga. Czy mogę już zacząć mówić prawdę?


Wersja B

Budzik. Wstaję chociaż wolałbym jeszcze poleżeć. Przecież kocham spać.
Buty. Powinienem się zastanowić - co wybrać, co zrobić, co powiedzieć. Nie robię tego.
Biegnę. Każdy ma swoje zadania a nie wypada się spóźnić. Próbuję.
Bredzę. Skoro nie potrafię tak jak chcę to robię tak jak umiem. Nie umiem.
Bujam. Dlaczego nie miałbym sobie pozwolić na chwilę marzeń? To nic nie kosztuje.
Books. Kiedyś trzeba się uspokoić, a teraz jest na to czas. Mało czasu.
Basta. Wszystko ma swój koniec. Oby przyszedł.
Niech przyjdzie. 


Przecier

Przecie(r)ż mogę pokazać się jako ten mądry i inteligentny.
Przecie(r)ż mogę być zawsze punktualny i ułożony.
Przecie(r)ż mogę służyć dobrą radą i pomocą w trudnych chwilach.
Przecie(r)ż mogę być miły i sympatyczny.
Przecie(r)ż nie muszę używać ironii i sarkazmu.
Przecie(r)ż nie muszę zawsze się skarżyć.
Przecie(r)ż nie muszę krzyczeć bez powodu.
Przecie(r)ż nie muszę kłamać i zrażać do siebie ludzi.
Mogę i nie muszę.
Co z tego skoro chcę? – smacznego. 



Też czujecie pozytywne emocje bijące z tych tekstów?
Może pora na jakiś tomik zatytułowany 'Kończże wreszcie z twym jestestwem'?


czwartek, 9 lutego 2012

Mister P.


Kilka tygodni temu znajomy zapytał mnie, dlaczego życie jest takie niesprawiedliwe. Nad odpowiedzią musiałem się poważnie zastanowić. Mógłbym przecież odpowiedzieć, że tak to już bywa, że taki nasz los, że jedni mają lepiej a drudzy gorzej. Mógłbym w końcu zrzucić winę na jakąś siłę wyższą. Ale odpowiedziałem najłatwiej i moim zdaniem najlepiej, jak tylko potrafiłem. Życie jest niesprawiedliwe, bo taka jest też Amerykańska Akademia Sztuki i Wiedzy Filmowej.


                O co chodzi? Z pozoru jedno z drugim nie ma przecież żadnego związku, ale jeśli dłużej o tym pomyśleć i przywołać odpowiednie przykłady, sprawa staje się dosyć oczywista. Każdy z nas ma zapewne kilka, kilkanaście lub nawet kilkaset ulubionych filmów. Bez niektórych nie potrafimy się obejść w smutne dni, inne przypominają nam ważne momenty z naszego życia. Są nawet takie, które stały się już częścią tradycji, a ich bohaterowie (choćby Kevin) nie opuszczają naszych rodzin. Ja sam posiadam listę filmów, bez których nie ruszam się z domu, bo czułbym się jakiś taki niekompletny. Pierwsza trójka, ze względu na mój rozpaczliwie romantyczny charakter, to dziwadła („Moulin Rogue”, „Love Actually” i „Anonymous”), ale przecież każdy ma prawo do swojego zdania!

                I tutaj dochodzimy do sedna sprawy. Założę się, że pierwsza setka pokrywa się, przynajmniej częściowo, u każdego. Przecież nie można w takim zestawieniu pominąć pozycji typu „Wywiad z wampirem”, „Se7en”, „12 małp”, „Siedem lat w Tybecie”, „Fight Club”, „Bękarty wojny”, czy „Moneyball”. Nawet jeśli nie figurują u was te wszystkie pozycje to musicie przyznać, że każda z nich, to kawał historii kina. A co sprawia, że te tytuły nie tylko zapadają w pamięć, ale powodują, że wciąż do nich wracamy i odkrywamy je na nowo? Krótko: Brad Pitt.

                Koszykówka ma Michaela Jordana, baseball – Babe’a Ruth’a, golf – Tigera Woodsa, F1 – Michaela Schumachera. A świat kina ma, a przynajmniej oficjalnie mieć powinien, Brada Pitta. Ten gość powinien być żywą legendą. Nie ma chyba na ziemi człowieka (przepraszam, za uogólnienie, ale wybaczam tym, którzy nie mają dostępu do TV), który nie widziałby twarzy pana P. chociaż raz. No bo jak można unikać takich filmów? Poza tytułami, które wymieniłem jest przecież cała masa produkcji co najmniej równie dobrych. „Joe Black”, „Snatch”, seria „Ocean’s” i „Ciekawy przypadek Benjamina Buttona” do słabych filmów przecież nie należą, prawda? Ale z docenianiem Brada jest zgoła inaczej niż się wydaje.

                Jeden z najlepszych aktorów wszechczasów (a co tam, mogę!) w przyszłym roku kończy 50 lat i zaczyna przebąkiwać o zakończeniu swojej długiej i bogatej kariery. Szczerze? Nie dziwię mu się. Wystąpił już w ponad czterdziestu filmach, kilkanaście wyprodukował, zgarnął masę przeróżnych nagród (między innymi Złoty Glob, People’s Choice i Teen Choice), ale szanowna Akademia Sztuki i Wiedzy Filmowej nigdy, powtarzam, NIGDY nie zdecydowała się przyznać mu Oscara. Coś tu się nie zgadza, co nie? Nominowany był czterokrotnie (wliczam tegoroczne dwie nominacje za Moneyball), ale nie doceniono wielu wspaniałych filmów, które bez jego osoby mogłyby nie odnieść takiego sukcesu. Mogę przeboleć fakt, że nie dostał nagrody za Benjamina Buttona, mogę przeboleć fakt, że pominięto go za „12 małp”, przeżyję nawet brak statuetki za „Fight Club”. Ale „Bękarty wojny”? „Se7en”? Szanowna Komisjo, chciałoby się powiedzieć, come on!

                Wniosek jest prosty i mądrym ludziom znany, jeśli Brad Pitt nie dostanie w tym roku Oscara za Moneyball (swoją drogą film jest genialny) stanie się nie tylko najbardziej niedocenionym aktorem tego pokolenia, ale śmiałbym powiedzieć, że najbardziej niedocenianym aktorem w historii. Nie wiem, czy członkowie Akademii zazdroszczą mu talentu (nie skończył studiów aktorskich), wyglądu (kobiety podobno wciąż za nim szaleją) czy pięknej małżonki ( Angelina…), ale wiem, że nie można pozwolić sobie na takie gafy! Toż to prawie jak niepowołanie Boruca do kadry narodowej!

                Można więc zrzucić wszystko na los, można na przypadek, można na siły wyższe, a nawet na czary. Ale po co, skoro mamy na ziemi Wielkie Zło w postaci Amerykańskiej Akademii Sztuki i Wiedzy Filmowej? Winnych za takie głupoty jak niedocenienie Brada Pitta nie trzeba szukać daleko. A skoro nie widać różnicy, to po co przesadzać? For Your Consideration…